Demokracja na sprzedaż

Demokracja
fot. Pixabay.com

Już wkrótce każdy z nas, jeśli tylko będzie wystarczająco bogaty, będzie mógł niemal dowolnie wpływać na wyniki wyborów czy referendów w Irlandii. Taki może być skutek niedawnej decyzji komisji Standards in Public Office (SIPO), która ostatecznie zgodziła się na to, by irlandzki oddział Amnesty International przyjął zagraniczną dotację przeznaczoną na cele polityczne.

SIPO można porównać do polskiej Najwyższej Izby Kontroli, gdyż podobnie jak polski odpowiednik, kontroluje przestrzeganie przepisów przez irlandzkie urzędy, organizacje czy firmy. Jednak sprawa dotycząca dotacji dla Amnesty International może oznaczać, że decyzje SIPO przestaną być wiążące dla kontrolowanych podmiotów.

Na początek kilka faktów, aby naświetlić całą sytuację.

W listopadzie 2017 kontrolerzy SIPO stwierdzili, że dotacja w wysokości 137 000 euro przekazana irlandzkiemu oddziałowi Amnesty International w sierpniu 2015 jest w świetle irlandzkiego prawa nielegalna. Jednocześnie nakazali zwrócić dotację darczyńcy, czyli fundacji Open Society Foundation (OSF) należącej do biznesmena George’a Sorosa.

SIPO uzasadniała swoją decyzję przepisami mówiącymi, że żadne irlandzkie firmy czy organizacje nie mogą przyjmować zagranicznych dotacji na cele polityczne w sumach wyższych niż 100 euro. Przelew z OSF opiewał na znacznie wyższą kwotę. Pieniądze miały zostać przeznaczone na kampanię „My Body, My Rights”, której celem było doprowadzenie do referendum w sprawie 8. Poprawki, a następnie usunięcie ustępu ograniczającego dostęp do aborcji z irlandzkiej Konstytucji.

Legalna nielegalna dotacja

Mówiąc krótko, irlandzki oddział Amnesty International dostał 137 000 euro na przeprowadzenie kampanii zmierzającej do zmiany Konstytucji. Cel był wyraźnie polityczny, a suma wyższa niż dozwolone 100 euro. Ze strony SIPO sprawa wydawała się jasna i prosta.

Równie jasna i prosta nie wydała się ona Amnesty International. Organizacja od razu zaskarżyła decyzję SIPO oficjalnie ogłaszając, że dotacji nie zwróci. Jednocześnie rozpoczęto kampanię w mediach zmierzającą do przekonania opinii publicznej o nieprawidłowościach w procedurach kontrolnych SIPO.

Przedstawiciele Amnesty International twierdzili też, że SIPO zamierza powiadomić Gardę o popełnieniu przestępstwa, co może skutkować nalotami na biura organizacji. Straszyli również inne organizacje charytatywne, że decyzja SIPO może negatywnie wpłynąć na wysokość dotacji, które one otrzymują.

Nie zważano przy tym na fakty, które wskazywały jasno, że SIPO ani nie miało zamiaru nasyłać Gardy na niczyje biura, ani nie miało żadnych obiekcji wobec dotacji przekazywanych innym organizacjom zgodnie z prawem.

Doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, kiedy Amnesty International stwierdziło, że dotacja od OSF została wykorzystana na kampanię mającą na celu „zwiększenie społecznego poparcia dla odrzucenia 8. Poprawki oraz na skuteczniejszą współpracę z innymi organizacjami domagającymi się legalnej aborcji”. I w związku z tym nie może zwrócić pieniędzy. Kuriozalne w tym było to, że niemal dokładnie takich samych sformułowań użyli kontrolerzy z SIPO uzasadniając swoją decyzję o nielegalności dotacji.

Bowiem, czy może być coś mniej politycznego niż kampania zmierzająca do zmiany Konstytucji będącej podstawą ustroju politycznego kraju? I czy współpraca z innymi grupami, w tym z partiami politycznymi, w tym właśnie celu nie wykazuje znamion działalności politycznej?

Nagły zwrot o 180 stopni

Zdaniem Amnesty International – nie. Zdaniem SIPO – tak. Te rozbieżności doprowadziły sprawę do Sądu Najwyższego, przed którym obie strony sporu miały się spotkać pod koniec lipca. I spotkały się, ale jedynie po to, by wysłuchać oświadczenia SIPO,w którym komisja stwierdziła, że rezygnuje z wszelkich roszczeń i wycofuje wszystkie zastrzeżenia wobec feralnej dotacji.

Cóż takiego stało się między listopadem 2017 a lipcem 2018, że komisja diametralnie zmieniła stanowisko? Dokładnie nie wiadomo, ale niektórzy twierdzą, że głównym powodem było referendum aborcyjne. To samo referendum, w którym wyraźne zwycięstwo przypadło stronie popieranej przez Amnesty International.

Oficjalnie SIPO w oświadczeniu stwierdza, że „popełniono błędy proceduralne, które doprowadziły do podjęcia nieprawidłowej decyzji”. O charakterze owych błędów oświadczenie milczy.

Oczywiście irlandzki oddział Amnesty International przedstawił wycofanie decyzji SIPO jako swoje wielkie zwycięstwo. A nawet jako zwycięstwo demokracji i wolności.

Demokracja
fot. Pexels. com
Sprzedana czy sprzedajna demokracja?

Czy aby na pewno demokracja tutaj zwyciężyła? Osobiście mam dość poważne wątpliwości. Uważam wręcz, że SIPO zrobiło irlandzkiej demokracji niedźwiedzią przysługę i podkopało jej fundamenty.

Przepisy o ograniczonym wsparciu finansowym z zagranicy dla kampanii politycznych są dość powszechne w prawodawstwie europejskim. Mają one głównie na celu ochronę przed wpływami obcych mocarstw na sytuację polityczną w danym kraju.

W Irlandii taka ochrona była szczególnie istotna w okresie uzyskiwania przez młodą republikę niepodległości. Chodziło głównie o to, by ograniczyć wpływy Brytyjczyków na polityczne wybory Irlandczyków.

SIPO twardo stała na straży porządku prawnego i skutecznie zniechęcała wszystkich, którzy finansowym wsparciem dla tej lub innej strony chcieliby zmienić sytuację polityczną w Irlandii. Niestety można teraz mówić o tym już tylko w czasie przeszłym.

Poddanie się w sprawie dotacji dla Amnesty International i de facto schowanie głowy w piasek jedynie zachęci wszelkie fundacje i organizacje do bardziej aktywnego zaangażowania na rzecz zmian politycznych na Zielonej Wyspie. Wprawdzie system prawny Irlandii nie opiera się na precedensach, ale z pewnością sprawa między Amnesty International a SIPO będzie nie raz wykorzystywana w przypadku wątpliwych dotacji dla partii politycznych lub organizacji z nimi współpracujących.

W najbliższym czasie Irlandię czeka przynajmniej kilka referendów w sprawie zmian prawa. Teraz nic już nie będzie stało na przeszkodzie, by fundacje typu OSF czy inne organizacje zagraniczne wpływały na irlandzkie społeczeństwo kształtując niemal dowolnie opinie publiczną.

137 000 euro przekazane z zagranicy na kampanię polityczną okazało się zupełnie legalną dotacją. Może to doprowadzić do sytuacji, gdy irlandzkie organizacje charytatywne będą otrzymywały przelewy w dowolnej wysokości na dowolny cel z dowolnego źródła, a pieniądze te będą wykorzystywane na walkę polityczną.

Szczerze mówiąc, tym razem mam nadzieję, że się mylę i że będę złym prorokiem, bo mimo swoich wad, demokracja nie jest systemem, w którym powinien wygrywać najbogatszy. A niestety wygląda na to, że demokrację irlandzką właśnie sprzedano za 137 000 euro.

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.