Nie chcę być anonimowym imigrantem

anonimowym imigrantemZ Bartkiem Zdrojowym, laureatem nagrody dla Wybitnego Polaka w Irlandii w kategorii Osobowość, rozmawia Krzysiek Wiśniewski.

Jak to jest być najbardziej rozpoznawalnym Polakiem w Waterford?
Myślę, że najbardziej rozpoznawalne są osoby, które pracują w polskich sklepach. Nie mam poczucia, żebym był najbardziej rozpoznawalnym Polakiem.

Ale jesteś postacią znaną w mieście chociażby z racji swojego charakterystycznego roweru.
A to fakt. Zauważyłem, że staję się rozpoznawalny, kiedy przyznaję się do tego, jakim rowerem jeżdżę. Ludzie stwierdzają, że mijają mnie w drodze do pracy, albo zastanawiają się, kto tym rowerem jeździ z takim małym dzieckiem.

Jesteś znany, nie tylko w polskiej społeczności, z racji tego co robisz. Żeby wymienić tu kilka – Festiwal Spraoi, który właśnie się skończył, Winterval, Polska Szkoła, Cultural Quarter, Kolejka Suir Valley, Festiwal PolskaEire. Jesteś widoczny i dużo robisz.
Nie spotkałem się jeszcze z taką sytuacją, że wchodzę do pubu i ktoś nieznajomy stawia mi piwo. Myślę, że będę musiał robić dużo więcej, by coś takiego nastąpiło.

A skąd zapał i chęć do tego, co już robisz?
Myślę, że przede wszystkim bierze się to z chęci oswojenia miasta, do którego przyjechałem. Gdybym nadal mieszkał w Dublinie, tak jak przez pierwsze dwa lata pobytu w Irlandii, to chyba bym nie doszedł do takiej myśli. Natomiast mieszkając w Waterford, doszedłem do wniosku, że nie chcę być anonimowym imigrantem. Chciałbym być tym jednym Bartkiem imigrantem, który robi to, to czy tamto. I miło usłyszeć od Irlandczyków, z którymi przyszło mi pracować, że cokolwiek robi polska społeczność, to jestem tam widoczny.
To nie jest tak, że jestem jakąś gwiazdą Waterford, ale jest to jakiś sposób na oswojenie miejsca, w którym mieszkam.
Wydaje mi się, że wciąż odkrywam, że chcę robić fajne rzeczy w tym mieście. Szczególnie, że widzę, jak Waterford mocno się zmieniło w ciągu ostatnich 10 lat. Mam też wrażenie, że miasto zyskało w moich oczach w chwili, gdy zacząłem robić coś dla społeczności lokalnej.

A czy już czujesz się bardziej stąd, czy nadal jesteś mocniej związany ze swoim miastem rodzinnym?
Już dawno odkryłem, że kiedy mówię, że „wracam do siebie” to znaczy, że wracam do Waterford. Nie zapominam o tym, że urodziłem się w Polsce, spora część mojej rodziny mieszka w Polsce, ale ja tutaj buduję swoje życie.
Kiedy urodził się pierwszy syn, myśleliśmy z żoną, że mamy czas do jego piątych urodzin, żeby podjąć decyzję, czy zostajemy czy wracamy. Po pięciu latach stwierdziliśmy po prostu, że tutaj jest fajnie. Potem urodził się drugi syn i w zasadzie dla nich obu Waterford jest tym miastem, gdzie są „born and bred” jak to mówią Irlandczycy. W przeciwieństwie do mnie, który jestem „blow in”.
Jednak okazuje się, że ci przyjezdni przynoszą nowe i świeże spojrzenie na sprawy, które wydawały się zastane. Ja sam jeszcze nie wiem, co konkretnie chciałbym zmienić, jeszcze tego nie odkryłem. Na razie przede wszystkim zmieniam swoje nastawienie.
Fajnie jest mieć znajomych wśród Irlandczyków. Fajnie jest też wiedzieć, do kogo można się odezwać, żeby uzyskać pomoc, czy załatwić to czy tamto.

Działasz sporo w obu społecznościach – irlandzkiej i polskiej. Jakie są reakcje obu stron, na to że tak mocno się angażujesz?
Nie spotkałem się jeszcze z krytyką mojego działania. Z Irlandczykami współpracuje się fantastycznie, ale myślę, że to jest przede wszystkim kwestia tego, że trzeba zyskać ich zaufanie. Jak już to zrobisz, wszystko idzie dużo łatwiej a oni są bardziej skorzy do pomocy.
A to, że działam w polskiej społeczności, wyszło trochę tak przypadkowo (śmiech). Nie myślałem o tym, dopóki mój syn nie rozpoczął zajęć w polskiej szkole sobotniej. Kiedy tam zaczął chodzić, okazało się, że te znajomości, które udało mi się zbudować w mieście, mogą pozytywnie przysłużyć się temu, co robi polska szkoła czy cała polska społeczność.

Zostańmy przez chwilę przy polskiej szkole. Jak widzisz jej rolę, i swoją przy okazji, w integracji między Polakami a Irlandczykami?
W momencie kiedy wstąpiłem do stowarzyszenia edukacyjnego, które działa przy SPK Waterford okazało się, że doświadczenie, które zdobyłem do tej pory, działając na przykład przy festiwalu Spraoi czy współorganizując Polską Wioskę na Wintervalu może bardzo pomóc w organizowaniu wydarzeń w polskiej szkole.
Okazało się też, że osoba posiadająca wiedzę, gdzie na przykład zdobyć scenę czy do kogo się odezwać po sprzęt nagłośnieniowy, albo jak formalnie zorganizować zbiórkę pieniędzy, bardzo by się przydała.
Wydaje mi się, że są to nadal wydarzenia organizowane głównie dla polskiej społeczności, ale nie ukrywam, że od dwóch lat staram się to trochę zmienić i otworzyć polską szkołę na irlandzką publiczność. Nie bardzo da się to zrobić z wydarzeniami typowo szkolnymi, typu rozpoczęcie czy zakończenie roku, ale chociażby Piknik Rodzinny stał się częścią Festiwalu PolskaEire. Zaczynamy ściągać coraz więcej Irlandczyków i budować świadomość, że w Waterford jest takie miejsce, gdzie co tydzień pojawia się 400 dzieci z czterech hrabstw, żeby uczyć się polskiego.
Nadal ciężko mi powiedzieć o sobie jako o kimś, kto działa na rzecz integracji. Możliwe, że działam na rzecz swojej integracji, bo sam chcę się zintegrować z miastem i z Irlandczykami. I dobrze, jeśli przy okazji uda mi się wciągnąć kogoś w jakieś działania.

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.